Magda Winiszewska – Extreme Coach™ i mentorka zmian

Magda Winiszewska w cyklu wywiadów “Kobiety z mocą 2026”

Magdalena Szewczuk

19 sierpnia 2026

Magda od ponad 30 lat działa w świecie biznesu. Przez kilkanaście lat pracowała w międzynarodowych korporacjach, zarządzając zespołami oraz dużymi projektami. Doskonale zna wyzwania związane z odpowiedzialnością, presją wyników oraz zarządzaniem zmianą.

Sama przeszła drogę od pracy w korporacji do prowadzenia własnej działalności, dzięki czemu łączy wiedzę z praktycznym doświadczeniem.

“Wierzę, że doświadczenie to największy kapitał, z którego można zbudować życie i biznes na własnych zasadach. 

Jestem w biznesie ponad 30 lat. Łączę to, czego nauczyłam się w międzynarodowym świecie marketingu i sprzedaży z wyzwaniami prowadzenia własnej firmy. Pomagam również innym przekuć lata zawodowego doświadczenia w nowy, świadomy kierunek kariery, na ich własnych zasadach w sposób poukładany i dający poczucie bezpieczeństwa”.

– Magda Winiszewska

W ramach praktyki doceniania własnej wartości powiedz o sobie dokładnie to, co zawsze chciałaś powiedzieć na głos bez skrępowania i skromności.

Ha, ha, ha – akurat z tym nie mam problemów już od dziecka 😉. Zawsze wiedziałam, że jestem mądra, odpowiedzialna, dobrze zorganizowana – to nigdy nie budziło we mnie wątpliwości. Inaczej było z urodą. Jako naturalny rudzielec, nie czułam, że mam w tej kategorii jakiekolwiek szanse, aż pewnego dnia, przy okazji rocznicy zakończenia studiów, koleżanka wrzuciła kilka zdjęć. Patrzyłam i zastanawiałam się, kim jest jedna z takich pięknych dziewczyn, a potem, na zasadzie dedukcji i osób, które rozpoznawałam wokół niej, doszłam do wniosku, że to… Jestem ja.

O wiele łatwiej jest mi mówić o sobie w sytuacjach związanych z biznesem. Jestem mocno zorientowana na cel, sprawczość, kończenie. Od zawsze jestem tzw. „spinającym”. Jeśli rozłazi Ci się projekt, wrzuć mnie do środka – połapię wątki, uporządkuję i doprowadzę do celu w założonym terminie. Masz coś do zorganizowania? Daj mi to, ogarnę tak, żeby wszyscy byli zadowoleni. Poza tym nawet prywatnie uwielbiam takie działanie, które ma sens. Po co, dlaczego, w jaki sposób, jak inaczej… Widzę nie tylko jeden punkt, ale cały ekosystem i to kilka lat do przodu. Kiedy pracowałam w marketingu, uwielbiałam tworzyć strategie dla marek. Gdzie chcemy być, jak wygląda rynek, jak tam dojdziemy, ile przyniesiemy i w jakim budżecie się zamkniemy.

I jeszcze jedno. Macierzyństwo obudziło we mnie empatię. Kiedyś byłam z tych, co to jak czołg, czasami po trupach, czasami nie rozumiejąc zachowania innych. A teraz już wiem, widzę i czuję. Często może aż za bardzo, bo to potrafi dotknąć również mnie, ale to dobrze. Nadal lubię osiągać cele, ale teraz przykładam większą uwagę do tego, żeby ludzie wokół mnie byli zadowoleni.

Jaką  cenę zapłaciłaś za miejsce, w którym jesteś dzisiaj w biznesie?

Za życie korporacyjne, które spędziłam głównie w Warszawie, płaciłam trochę swoim zdrowiem. Póki żyłam w napięciu, jakoś się trzymałam, ale gdy wyjeżdżałam na wakacje, to zaraz mnie coś rozkładało. To zjawisko nazywa się „syndromem otwartego okna” lub potocznie „klątwą urlopową”. Spada kortyzol, układ odpornościowy też odpuszcza i infekcja przejmuje ciało.

Zapłaciłam też kilkoma latami starania się o dziecko. Niepewnością, czy mi się to kiedykolwiek uda… Dopiero kiedy zrezygnowałam z pracy i wyprowadziłam się na wieś, po miesiącu przyszła nasza córka. Celowo mówię „przyszła”. Rok wcześniej podczas wakacji na Goa siedzieliśmy nad basenem z lekarzem ajurwedyjskim. Mój mąż opowiedział, że ostatnio śni mu się dziewczynka, z którą o czymś poważnie rozmawia, a nawet ma wrażenie, jakby przechodził jakiś test i był na rozmowie kwalifikacyjnej. 

Usłyszeliśmy wtedy, że Hindusi wierzą, iż dzieci krążą nad nami we Wszechświecie i szukają dla siebie rodziców, a kiedy już znajdą parę, która im się podoba, przychodzą. To taka piękna historia, która zdejmuje odpowiedzialność z rodziców. To dziecko wybiera, a nie oni mają problem… 

Dokładnie po roku, przed kolejnym wyjazdem do Indii, dowiedzieliśmy się, że jestem w ciąży. Dziś mamy córkę, którą mąż uczył w podstawówce w ramach edukacji domowej.

Jednak za życie na wsi też zapłaciłam i to chyba boli najbardziej, bo to było celowe. Takie spełnienie marzenia. Rzucić wszystko i zamieszkać na wsi. Swoje jedzenie, swój ogród, swoje kwiaty. Wszystko własnymi rękami. Niestety w pewnym momencie życie, zamiast radości zaczęło przynosić umęczenie i osamotnienie. Mieszkamy pod Sanokiem, dla innych „na końcu świata”, a ja nadal większość znajomych mam ze studiów, w rodzinnej Gdyni. Znajomości warszawskie praktycznie nie przetrwały. Próbowałam długo zbudować sobie krąg tutaj, ale… Wyszło, jak wyszło i teraz nawet już nie chcę o tym myśleć. Przeformatowałam swoje marzenia i wyruszyłam na nowe drogi.

Co musiałaś odpuścić, ograniczyć albo przeformułować, żeby to udźwignąć? A może wręcz przeciwnie – wszystko szło zawsze jak po maśle?

Nie, nie szło jak po maśle. Gdyby ktoś mi to opowiedział, że tak będzie wyglądać moje życie na wsi, to po pierwsze bym mu nie uwierzyła, a po drugie – odpuściłabym marzenie i została w Warszawie 😉. Te kilkanaście lat na wsi i prowadzenia swojej firmy to była i nadal jest niezła Akademia Nauki Odpuszczania, Ograniczania i Przeformatowywania!

Po pierwsze małe dziecko – największa szkoła życia i tego, że to nie ja ustalam zasady i cele. Zawsze opowiadam, jak płakałam w słuchawkę do przyjaciółki, że jak to możliwe, że byłam w stanie ogarnąć 50 osób i wszyscy pracowali tak, jak powinni, a nie ogarniam jednego niemowlaka! Bo ja miałam marzenia o małym dziecku, karmieniu piersią, wspólnych podróżach, a moje dziecko urodzone we wrześniu było super synoptykiem, każdy deszcz poprzedzała głośną zapowiedzią, mleko wolała z butelki, ale na szczęście uwielbiała podróżować! Dogadałyśmy się w samotnej podróży do Gdyni – tylko ja i ona i… Samochód załadowany po brzegi 😉. Teraz już rozumiem, że ona była, jest i będzie samodzielną, myślącą istotą, a moja rola tak naprawdę sprowadza się do roli przewodnika, czasami nauczyciela i przyjaciela. Na resztę nie mam wpływu… Szczególnie teraz, gdy jest już nastolatką.

Po drugie praca – z dużej organizacji, gdzie każdy ma swój odcinek, do jednoosobowej działalności gospodarczej, gdzie jako właściciel muszę ogarnąć wszystko. Od sprzątania biura, przez księgowość, do sprzedaży. Dodaj do tego ciągle zmieniające się prawo czy takie niespodzianki jak pliki JPK, czy ostatnio KSeF. Najdłużej jednak uczyłam się odpuszczać niektórych klientów. Przez 10 lat dawałam się niektórym tak przeczołgać, aż wreszcie zrozumiałam, że nie z każdym muszę pracować. Moja firma = ja decyduję o tym, z kim pracuję. Czasami dobrze jest odpuścić, niech konkurencja też ma z czego żyć, a klient, który nie płaci w terminie? To już nawet nie jest klient, to jest „dłużnik”.

Na koniec moje marzenie o życiu na wsi, a raczej jego pierwotny kształt. Bo to marzenie o własnym jedzeniu, własnym ogrodzie, wszystkim zrobionym własnymi rękami było piękne, tylko że w pewnym momencie przestało być spełnieniem, a zaczęło być kolejną pracą. Ciężką, fizyczną pracą po godzinach w firmie. To był dla mnie najtrudniejszy moment, chyba nawet trudniejszy niż rezygnacja z korporacyjnej pensji, bo łatwiej odpuścić coś, z czego już się wyrosło, niż coś, co sama wybrałaś z pełnym przekonaniem, że to jest Twoje szczęście. Musiałam przeformułować to marzenie. Zostawić z niego to, co wciąż daje radość i pozwolić sobie odpuścić resztę bez poczucia, że zawodzę samą siebie sprzed lat.

Co robisz, kiedy przychodzi spadek formy, a trzeba działać?

Pytanie dla mnie to nawet nie „co robię, kiedy przychodzi spadek formy”, ale „jak rozpoznać, że właśnie przyszedł ten spadek formy”. Jestem z tych, co rośli w przekonaniu, że „co Cię nie zabije, to Cię wzmocni”. Bez wyjątków. Dla siebie, mojej rodziny, dla nikogo… Aż wylądowałam u chiropraktyka i na rolfingu (masaż powięzi), bo moje ciało było tak spięte, że permanentnie bolało.

Wylądowałam też u psychoterapeuty. Przecież sama z siebie nie dałabym rady pozmieniać swoich przekonań, nauczyć się odpuszczania czy chociażby rozpoznawania, kiedy przychodzi ten spadek formy… Teraz już wiem, że kiedy zaczyna się coś dziać, robię się najpierw płaczliwa, a potem na wyższym poziomie – agresywna.

Dlatego, kiedy trafiłam na certyfikację „Extreme Coach™” i zobaczyłam, czym to się różni od klasycznego coachingu, nie wahałam się ani minuty. Ta różnica jest prosta i dla mnie fundamentalna: klasyczny coaching zakłada, że klient ma już zasoby, żeby pracować nad celem, a Extreme Coach™ najpierw sprawdza, czy w ogóle je ma. Bo cel i plan nic nie dadzą komuś, kto funkcjonuje w trybie przetrwania. Wiem z własnego doświadczenia, jak wygląda człowiek, który „jedzie na oparach”, nie je, nie śpi, ale mimo że funkcjonuje w trybie przetrwania, wie, że musi coś zmienić, żeby odzyskać radość i sprawczość w swoim życiu. Nauczyłam się, jak rozpoznawać, czy dam radę pomóc, czy jedyne co mogę, to skierować taką osobę po poważniejszą pomoc (psycholog, terapeuta, psychiatra etc.). Bo najważniejsze jest odzyskać człowieka, zanim będzie można rozmawiać o celach i planach.

Czy masz swój „protokół” na trudne dni?

Po pierwsze sen. Od kilku lat żyję bez budzika. Wstaję, kiedy się obudzę. Sama z siebie, ale z drugiej strony, staram się chodzić spać ok. 22:00 – 22:30. Zawsze potrzebowałam ok. 8h snu, a teraz przestałam ze sobą walczyć i nawet nie fantazjuję o zapisaniu się do „klubu 5:00 rano”.

Po drugie muzyka, kiedy „nie pracuję w firmie”. Jakiś czas temu wróciłam do muzyki z lat 80. i 90., czasów liceum, studiów i początków pracy. Ten okres wspominam bardzo dobrze i odkryłam, że od razu łatwiej mi np. ogarniać kuchnię, gdy nucę pod nosem ulubione wtedy kawałki.

Kiedy zaliczam jakiś szczególny dół, nawet piętnaście minut samotnej salsy całkowicie zmienia moje nastawienie do przyszłości. Z salsą kojarzą mi się wspaniałe studenckie, pracujące wakacje w Londynie. Początki mojego dorosłego życia, międzynarodowe otoczenie, miasto z jedyną taką energią, pierwsze związki.

A kiedy zamiast doładowania potrzebuję wyciszenia, to zawsze są to książki. Ostatnio zachwyca mnie każda powieść Amora Towlesa, począwszy od „Dżentelmena w Moskwie”. Można powiedzieć, że jego język jest połączeniem elegancji klasycznej literatury, lekkości brytyjskiego humoru, filmowych obrazów i współczesnej przystępności. Taka rozmowa z niezwykle inteligentnym człowiekiem przy kieliszku dobrego wina (dla mnie od kilku lat już tylko 0%), bez pośpiechu, z humorem i wieloma dygresjami, które okazują się ważniejsze niż główny temat.

Jaki mit o Twojej branży najbardziej szkodzi kobietom przedsiębiorczym?

Moim zdaniem najgorszy jest ten, że sukces zależy przede wszystkim od odpowiedniego sposobu myślenia. Przez ostatnie lata powstało przekonanie, że jeśli coś Ci nie wychodzi, to znaczy, że masz ograniczające przekonania, za mało wierzysz w siebie albo nie jesteś wystarczająco odważna, a ja się z tym nie zgadzam. Oczywiście sposób myślenia ma znaczenie, ale nie jest jedynym elementem układanki.

Przykładowo, jeżeli kobieta jest przemęczona, śpi po pięć godzin, funkcjonuje w chronicznym stresie, jest przeciążona obowiązkami, nie ma przestrzeni na regenerację, to nie potrzebuje kolejnej afirmacji. Potrzebuje odzyskać zasoby. Dopiero wtedy może podejmować dobre decyzje, tworzyć, rozwijać biznes i korzystać ze swojego potencjału.

Dodaj jeszcze do tego przekonanie, że kobiety powinny ze wszystkim radzić sobie same. Widzę to zarówno u przedsiębiorczyń, jak i u kobiet pracujących na etacie. Są przekonane, że muszą być silne, wszystko kontrolować, nie prosić o pomoc i jeszcze robić wszystko perfekcyjnie. Tymczasem siła nie polega na dźwiganiu wszystkiego w pojedynkę. Polega na tym, żeby wiedzieć, kiedy warto się zatrzymać, poprosić o wsparcie i świadomie zadbać o siebie. Wiem, że nie jest to łatwe, ale wiem również, ile jest siły w stwierdzeniu „potrzebuję pomocy z…”.

Mam wrażenie, że kobiety przez lata uczyły się, jak być dzielne. Dziś dużo bardziej potrzebujemy nauczyć się, jak być dla siebie mądre. Bo przecież „potrzebuję pomocy” nie oznacza, że nie dajemy rady czy nie umiemy czegoś zrobić. Może na przykład oznaczać, że w tym dokładnym momencie robimy coś innego i oddajemy odpowiedzialność za tę rzecz innej osobie. A poza tym, nawet gdybyśmy nie umiały tego zrobić, to przecież świat się nie zawali. Możemy się tego jeszcze nauczyć.

Jeśli mogłabyś dać kobietom jedną umiejętność, która pomoże im w samorealizacji lub prowadzeniu biznesu – co by to było?

Zarządzanie finansami. Bez wahania. I nie mówię tylko o Excelu i tabelkach. Mówię o trzech warstwach, które rzadko widzimy razem.

Pierwsza to finanse firmy – przychody, koszty, marże, płynność, kontrola należności. Znam wiele kobiet, które prowadzą świetny biznes, mają lojalnych klientów, świetny produkt i jednocześnie nie do końca wiedzą, ile realnie zarabiają i na czym właściwie zarabiają, bo skupiają się na tym, co umieją najlepiej, a finanse zostawiają „na później”. Tylko że „później” bardzo często oznacza kryzys płynności w najgorszym możliwym momencie.

Druga to finanse osobiste – zabezpieczenie emerytalne, oszczędności podatkowe, budowanie własnej niezależności finansowej jako fundamentu, na którym w ogóle można budować pewność siebie.

I trzecia warstwa, o której mówi się najmniej, a która moim zdaniem jest kluczowa: finanse w związku. Widzę dwie skrajności. Jedne kobiety oddają cały budżet i wszystkie decyzje finansowe mężowi – bo tak jest wygodniej, bo „on się na tym zna”, bo tak robiła jej babcia czy mama. Inne kompletnie się finansami nie interesują, niezależnie od tego, kto je prowadzi. Traktują je jako coś, czym „ktoś inny powinien się zająć”, albo coś, co jest „za skomplikowane”. W obu przypadkach oddaje się coś więcej niż tylko liczby. Oddaje się kawałek własnej niezależności.

Dla mnie finanse zawsze były równoznaczne z wolnością i bezpieczeństwem, w tym najbardziej pozytywnym znaczeniu. Nie jako mur obronny, tylko jako grunt pod nogami. Praktycznie wygląda to tak: ja mam swoje konto, mąż ma swoje, a jako rodzina mamy trzecie, wspólne. I nie chodzi tu o brak zaufania. Dzięki takiemu systemowi każdy ma swoją „finansową wolność”, a jednocześnie łatwiej nam budować coś razem i nigdy nie pokłóciliśmy się o pieniądze.

Dlatego, kiedy pracuję z kobietami, które myślą o własnym biznesie albo już go prowadzą, zawsze wracam do tego samego pytania: “Czy znasz swoje liczby?”. Nie tylko te firmowe. Też te osobiste, rodzinne, dotyczące Twojej przyszłości za dwadzieścia lat. Postawą świadomej decyzji były, są i będą liczby. 

Masz prawo budować biznes, który Cię ekscytuje, ale to finanse dają Ci prawo robić to na własnych zasadach – długo, spokojnie i bez strachu, że jedna zła decyzja albo jedna zmiana w życiu wszystko zniszczy, a poza tym – to, na czym się koncentrujesz, rośnie.

Jak przewidujesz, że będzie wyglądała Twoja branża w najbliższych 3 latach i jak się na to przygotować?

Dane z rynku pokazują, że branża coachingowa nadal rośnie, choć na świecie powoli się stabilizuje i przechodzi w fazę dojrzałą. „Łatwe zaufanie” klientów już też się kończy. Zwiększa się presja porównania, wrażliwość cenowa i wymóg udowadniania efektów. W Polsce też już to widać, choć nasz rynek nadal znacznie rośnie. My po prostu wciąż nadrabiamy dystans do rynków zachodnich, ale rosnący rynek nie oznacza jednocześnie, że jest i będzie łatwiej. Wręcz przeciwnie. Widzę dwa kierunki, które będą decydować o tym, kto się utrzyma na rynku, a kto zniknie.

Z jednej strony tania, zautomatyzowana pomoc oparta na AI. Z drugiej, coraz większa wartość głębokiej, transformacyjnej pracy z człowiekiem i to nie jest zjawisko, które zacznie się dopiero za 3 lata, ono już się dzieje.

AI to nie tylko pomoc w planowaniu, monitorowaniu postępów, logistyce, wszystko to, co można i nawet trzeba zautomatyzować, co uwalnia nasz czas na ważniejsze sprawy.

AI wchodzi do naszej pracy jeszcze mocniej. Powstała już cała kategoria produktów określanych jako „AI coaching” albo „AI coaching platformy”. Sztuczna inteligencja potrafi dziś zadawać bardzo dobre pytania coachingowe, ale nadal nie potrafi być w relacji z drugim człowiekiem, nie umie wyczuć momentu, a to właśnie relacja często jest tym, co uruchamia prawdziwą zmianę. AI może zapytać: „Jak się dzisiaj czujesz?”, ale człowiek z doświadczeniem zauważy, że klient mówi „wszystko jest dobrze”, podczas gdy jego mowa ciała sugeruje coś zupełnie innego. To jest poziom obecności i relacji, którego obecne systemy AI nie odtwarzają w pełni.

Widzę też wyraźnie jeszcze jeden kierunek: klienci coraz częściej szukają nie samego coacha, tylko kogoś, kto już przeszedł tę drogę. Kto nie tylko zada dobre pytanie, ale w chwilach impasu też pokaże, jak sam rozwiązał podobny problem. To dokładnie różnica między coachingiem a mentoringiem i uważam, że mentoring, oparty na realnym doświadczeniu biznesowym, będzie rósł szybciej niż klasyczny coaching w jego najbardziej ogólnej formie.

To akurat wpisuje się w moją drogę. Piętnaście lat w korporacjach, piętnaście lat prowadzenia własnej firmy – to nie jest dodatek do metody. To jest metoda. Nie pracuję z klientem z pozycji teorii, tylko z pozycji kogoś, kto sam spał w samochodzie na stacji benzynowej, bo zabrakło sił, żeby dojechać do domu. Kto rozwijał swoją firmę i wie, co się z tym wiąże.

Do tego wszystkiego trzeba jeszcze dorzucić koniec czasów ogólników. Rynek odrzuca „coachów od wszystkiego”. Zostaną ci, którzy mają wyraźną specjalizację, własną metodologię i wiarygodną historię, a nie ci, którzy najlepiej o sobie mówią.

Jak ja sama się do tych wszystkich zmian przygotowuję? Świadomie i krok po kroku. Nie gonię za każdym nowym narzędziem AI, tylko sprawdzam, co realnie służy ludziom, z którymi pracuję. Doprecyzowuję ofertę, zamiast ją rozmywać i komunikuję wprost, że nie oferuję klasycznego coachingu w jego najbardziej ogólnej postaci. Oferuję coaching i mentoring transformacji zawodowej oparty na własnym doświadczeniu, ze szczególnym uwzględnieniem człowieka i stanu fizyczno-psychicznego, w którym do mnie przychodzi. Bo jeżeli ktoś nie ma zasobów, to ani nie będzie w stanie stworzyć żadnego planu, ani tym bardziej go zrealizować.

Reasumując, ta branża będzie coraz bardziej wymagająca. I dobrze. Bo to oznacza, że zostaną w niej ci, którzy naprawdę pomagają.

Na koniec jeszcze dodam, że poza tym, że jestem przedsiębiorcą, jestem również marketingowcem z doświadczeniem w sprzedaży. Wiem, jak budować marki, tworzyć produkty i jak mówić językiem klienta. Znam narzędzia i wiem, jakich błędów nie popełniać.

Magda Winiszewska jest Certyfikowanym Extreme Coach™ oraz mentorką zmian, która pomaga specjalistom, menedżerom i osobom z wieloletnim doświadczeniem zawodowym świadomie przejść z etapu stagnacji do życia i pracy na własnych zasadach.

Jej misją jest pomaganie ludziom w odkrywaniu nowych możliwości zawodowych oraz budowaniu biznesu i życia zgodnego z ich wartościami, doświadczeniem i potencjałem.

JAKIMI TEMATAMI EKSPERCKIMI ZAJMUJE SIĘ MAGDA WINISZEWSKA?

Najczęściej pracuje z osobami, które chcą świadomie zmienić swoje życie zawodowe i prywatne. Jej obszary eksperckie obejmują:

  • zmianę kariery,
  • odejście z etatu i rozpoczęcie własnej działalności,
  • budowanie biznesu na własnych zasadach,
  • przedsiębiorczość,
  • rozwój osobisty,
  • odwaga w podejmowaniu decyzji,
  • zarządzanie zmianą,
  • wyznaczanie celów,
  • poczucie sprawczości,
  • wolność zawodowa,
  • świadome planowanie przyszłości,
  • finanse osobiste.

Zapraszam do jej przestrzeni na Portalu Ekspertek, gdzie znajdziesz więcej informacji i możliwość kontaktu z Magdą – tutaj.

FAQ – najczęściej zadawane pytania

Czym różni się coaching od mentoringu? 

Coaching pracuje nad celem, zakładając, że klient ma już zasoby. Mentoring dokłada doświadczenie osoby, która sama przeszła podobną drogę i pokazuje, jak rozwiązała problem. Magda Winiszewska łączy oba podejścia w transformacji zawodowej.

Co to jest Extreme Coaching™? 

Podejście, które najpierw sprawdza, czy klient w ogóle ma zasoby do pracy nad celem. W trybie przetrwania plan nie zadziała – najpierw trzeba odzyskać człowieka.

Jak zmienić karierę po latach w korporacji? 

Świadomie i krok po kroku: od odzyskania zasobów, przez doprecyzowanie kierunku, po budowanie działalności na własnych zasadach, a nie od kolejnej afirmacji.

Dlaczego kobietom w biznesie potrzebna jest wiedza o finansach? 

Finanse dają grunt pod nogami w trzech warstwach: firmy, osobistej i w związku. Bez znajomości własnych liczb trudno podejmować dobre decyzje i budować niezależność.

Kim jest Magda Winiszewska? 

Certyfikowany Extreme Coach™ i mentorka zmian z ponad 30-letnim doświadczeniem (marketing i sprzedaż w korporacjach, własna firma). Specjalizuje się w świadomej zmianie kariery i budowaniu biznesu na własnych zasadach.

Podobne wpisy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *